top of page
Search

Dlaczego wolimy oglądać koniec świata, niż go ratować?

  • Writer: MD Films
    MD Films
  • Dec 30, 2025
  • 6 min read
Wstęp

Kino od zawsze pełniło rolę zwierciadła, w którym przegląda się ludzkość. Filmy nie są formą eskapizmu. Za co kocham kino to, że reżyserzy testują granice empatii, lojalności i systemów politycznych. Analizując społeczeństwa w filmach, nie sposób uciec od refleksji nad naszą własną rzeczywistością, kino bowiem nie tylko opisuje świat, ale często go diagnozuje. Skupiając się na tych wszystkich elementach współczesny widz coraz częściej wybiera pesymizm w kinie. 


Klasowość

Wielu twórców koncentruje się na tym, jak struktury społeczne determinują los jednostki. W filmach takich jak „Parasite” Bong Joon-Ho czy „Joker” Todd’a Phillipsa, społeczeństwo jest przedstawione jako system naczyń połączonych, w którym brak mobilności pionowej prowadzi do nieuchronnej tragedii. 


W „Parasite” architektura domu i topografia miasta (biedni mieszkający w piwnicach, bogaci na wzgórzach) to dosłowna metafora klasowości. Wizje takie jak w „Roku 1984” pokazują społeczeństwa, które w imię bezpieczeństwa lub ideologii zrezygnowały z człowieczeństwa.


Czy dzisiejsze społeczeństwo nie przypomina coraz bardziej cyfrowego panoptikonu? 

Nowy feudalizm

Współczesne kino portretuje całkowitą separację elit. W ostatnim czasie mieliśmy dwa filmy, które w bardzo ciekawy sposób to przedstawiają. „The Menu” i  „The Triangle of Sadness”.  Te filmy nie tylko krytykują bogatych, one pokazują, że dialog między klasami jest już fizycznie niemożliwy. Jest to kontrowersyjny przekaz tych filmów, jednak wcale nie odbiega daleko od prawdy. I niestety we współczesnym kinie, coraz częściej pokazywane społeczeństwa traktuje się jako dwa osobne gatunki biologiczne. Elita przestała potrzebować reszty społeczeństwa nawet jako siły roboczej, zastępowanej przez AI, co prowadzi do kina eliminacyjnego, gdzie jedna grupa może zostać usunięta bez żadnego wpływu na funkcjonowanie drugiej. 


Jednostka kontra tłum

Kino często eksploruje konformizm. Klasyki takie jak „Dwunastu gniewnych ludzi” pokazują, jak trudno jest jednostce przeciwstawić się opinii większości, choć pokazuje, że jest to możliwe. Z kolei filmy o tematyce post-apokaliptycznej, jak seria „Mad Max”, zadają ciekawe pytania np, co zostaje ze społeczeństwa, gdy znikają prawo i instytucje?


Okazuje się, że człowiek w warunkach ekstremalnych rzadko wybiera pełną wolność; zazwyczaj dąży do odtworzenia struktur władzy, nawet jeśli są one brutalne. Dlaczego? Bo bezpieczeństwo cenimy wyżej niż autentyczną swobodę.


Śmierć na żywo jako rozrywka

Najbardziej adekwatnymi przykładami są „Noc oczyszczenia” (The Purge) czy „Civil War” (2024) Alexa Garlanda. Choć sposób pokazania jest zupełnie inny. W tym pierwszym jest przyzwolenie na mord w jedną noc, bez patrzenia na konsekwencje. Ten drugi film jest szczególnie brutalny w przekazie, pokazuje fotoreporterów, którzy w obliczu upadku USA nie próbują nikogo ratować, bo jedyną wartością jest „dobre ujęcie”. 


Czy więc jako widzowie nie jesteśmy współwinni? 


Kochamy filmy o apokalipsie, bo podświadomie chcemy, żeby świat się skończył, byle tylko uwolnić nas od kredytów i nudy codzienności. Kino katastroficzne to nie ostrzeżenie, to nasze zbiorowe marzenie o resecie.


My, widzowie, jesteśmy dokładnie tacy sami. Oglądamy dokumenty o prawdziwych zbrodniach (True Crime) do kolacji, a nawet do śniadania na dobry początek dnia. Niestety, śmierć innego człowieka stała się dla nas najlepiej sprzedającym się kontentem. Przestaliśmy reagować na zło, zaczęliśmy je oceniać pod kątem „jakości zdjęć”. 


Technologia jako nowy fundament więzi 

Współczesne kino coraz częściej portretuje społeczeństwo nie przez pryzmat fizycznych miast, ale sieci cyfrowych. Serial „Black Mirror” pokazuje, że technologia przestała być narzędziem, a stała się środowiskiem naturalnym człowieka. Choć jesteśmy połączeni ze wszystkimi, w kinie często widzimy bohaterów tragicznie samotnych. Społeczeństwo w filmach takich jak „Her” to zbiór jednostek, które łatwiej nawiązują relację z algorytmem niż z drugim człowiekiem. Filmy pokazują społeczeństwo, w którym wartość człowieka mierzona jest jego „widzialnością”. To ekranowa diagnoza świata, w którym przestaliśmy być, a zaczęliśmy występować. W filmach science-fiction często pojawia się motyw edytowania wspomnień jak w ,,Eternal Sunshine of the Spotless Mind”. W rzeczywistości robimy to codziennie, filtrując nasze życie przez media społecznościowe, tworząc wyidealizowaną wersję własnej historii.


Koniec bohatera

Pisząc o technologii, warto uderzyć w sam fundament wolnej woli.  Film „Raport mniejszości” był o przewidywaniu zbrodni. Dzisiejsze kino sugeruje coś gorszego. Przewidywanie pragnień. W dokumencie fabularyzowanym „Dylemat społeczny” widać, że społeczeństwo nie jest już zbiorem jednostek, lecz zbiorem profili behawioralnych. W mojej opinii kino, obecnie, ukazuje koniec bohatera. W świecie algorytmów nie ma już miejsca na buntownika, bo system przewiduje bunt, zanim on nastąpi, i zamienia go w produkt np. sprzedając koszulki z napisem „Resistance”. 


Filmy analizujące społeczeństwo jako teatr pozorów to jedno z moich ulubionych podejść. Produkcje takie jak „The Lobster” Yorgosa Lanthimosa czy „Midsommar” Ariego Astera pokazują, że każda grupa społeczna opiera się na rytuałach, które z zewnątrz wydają się absurdalne lub okrutne, ale wewnątrz są spoiwem wspólnoty.


Społeczeństwo końca zasobów

Nowym, niezwykle silnym nurtem jest portretowanie społeczeństwa w obliczu katastrofy klimatycznej. Filmy te, określane mianem cli-fi, jak „Interstellar” czy „Nie patrz w górę”, analizują, jak wspólnota reaguje na ostateczne zagrożenie. „Nie patrz w górę” to bolesna satyra na społeczeństwo informacyjne, które woli memy i kłótnie polityczne od naukowych faktów o nadchodzącej zagładzie. W obliczu braku zasobów społeczeństwo filmowe często rozpada się na małe, agresywne grupy, co sugeruje, że nasza cywilizacyjna ogłada jest jedynie cienką powłoką nałożoną na instynkt przetrwania.


Dlaczego tak chętnie oglądamy koniec świata? 


Być może dlatego, że w głębi duszy czujemy, iż obecny model społeczny jest nie do utrzymania. Oglądanie katastrofy na ekranie to forma oswojenia lęku przed tym, co nieuchronne.


Miasto w kinie noir to miejsce zepsucia, gdzie jednostka jest zawsze obserwowana, ale nigdy nie jest bezpieczna. Projektowanie przestrzeni w filmach pokazuje, jak bardzo architektura może służyć do kontroli społecznej (szerokie aleje dla wojska, ciasne bloki dla robotników). W kinie społeczeństwo to często jego tło, miasto. Dobrymi przykładami są  „Metropolis” Fritza Langa czy „Blade Runner” Ridleya Scotta. 


„Pornografia" cierpienia i pułapka empatii

Krytycy coraz częściej podnoszą temat ,,pornografii” biedy w filmach. Czy oglądając nędzę w Oscarowych produkcjach, faktycznie chcemy zmiany, czy tylko kupujemy sobie czyste sumienie za cenę biletu do kina? Kino społeczne często pełni rolę wentyla bezpieczeństwa. Pozwala nam poczuć oburzenie przez dwie godziny, co skutecznie rozładowuje napięcie, które mogłoby doprowadzić do realnego buntu na ulicy. Współczucie na ekranie staje się zamiennikiem działania w rzeczywistości.


Przechodząc dalej to co nie podoba mi się we współczesnym kinie to filmy fetyszujące cierpienie. Bardzo często filmy ukazujące traumę czy produkcje o mniejszościach. Kino często zmusza nas do patrzenia na ból bohatera w sposób niemal sadystyczny. Zamiast dawać narzędzia do zmiany, filmy te normalizują cierpienie bohaterów. I jasne, można pokazać, że bohater cierpi, ale czasem twórcy wręcz skupiają się tylko na tym i co gorsza, przekaz jest niepokojący. Widz płacze w kinie, a potem wraca do swojego życia, czując, że odrobił lekcję z człowieczeństwa, podczas gdy w rzeczywistości jedynie skonsumował czyjąś tragedię jako estetyczne doświadczenie. 


Płacz w kinie stał się formą transakcji, kupujemy sobie poczucie bycia „dobrym człowiekiem” nie robiąc nic w rzeczywistości. I filmy mają wzruszać, mają wywoływać skrajne emocje. Kino ewoluowało z dawania rozrywki do dawania poczucia przynależności i różnych od siebie emocji, i też dlatego jest piękne. Jednak kino to coś więcej niż tylko emocje.


Społeczeństwo w filmie stało się społeczeństwem ,,post-prawdy”. Nowe kino np, Under the Silver Lake sugeruje, że społeczeństwo przestało wierzyć w istnienie obiektywnej prawdy. Żyjemy w czasach, w których film nie tylko diagnozuje świat, ale go definiuje na nowo. Zjawisko ,,maincharacter energy” sprawia, że ludzie nie przeżywają życia, a jedynie reżyserują je. Granica między aktorem a widzem upada.


Wstrząsający obraz naszej współczesnej bierności odnajdujemy w filmie „A Man Called Otto”. W kluczowej scenie, gdy na stacji pociągowej jeden z pasażerów traci przytomność i wpada na tory tuż przed nadjeżdżający pociąg, reakcja tłumu jest paraliżująca. Zamiast ruszyć z pomocą, ludzie odruchowo wyciągają telefony. Stoją na krawędzi peronu, kadrując nadchodzącą śmierć, by jak najszybciej wrzucić ją do sieci jako „breaking news”. Jedynie Otto, człowiek „starej daty”, niepasujący do porządku świata, wskakuje na tory, by ratować życie nieznajomego. Ta scena obnaża brutalną prawdę, dla współczesnego społeczeństwa tragedia przestała być wezwaniem do działania, a stała się okazją do zdobycia zasięgów. Jesteśmy tak bardzo przyzwyczajeni do roli widza, że nawet w obliczu realnej śmierci, podświadomie szukamy najlepszego filtra, zamiast wyciągnąć dłoń.


Lęk

„Beau is Afraid” Ariego Astera pokazuje społeczeństwo w którym lęk jest wszechobecny, a rzeczywistość jest tak surrealistyczna i agresywna, że jednostka nie jest w stanie podjąć żadnej racjonalnej decyzji. To obraz świata przebodźcowanego informacjami, gdzie każda próba „wyjścia z klatki” kończy się kolejnym poziomem absurdu.


W filmie każdy krok bohatera jest oceniany przez otoczenie. To świetne nawiązanie do dzisiejszego cancel culture, lęku przed tym, że jeden błąd wykluczy nas z grupy społecznej.


Moim zdaniem wcale nie brak empatii jest naszym problemem, lecz jej nadmiar. Jesteśmy w stanie opłakiwać los cyfrowego awatara w Her czy współczuć Jokerowi, jednocześnie mijając bez słowa człowieka śpiącego na przystanku w drodze z kina. Kino stało się naszym alibi. Budujemy swoją tożsamość moralną na podstawie filmów, które obejrzeliśmy, a nie czynów, których dokonaliśmy. W tym sensie każda kolejna dystopia na ekranie nie jest ostrzeżeniem, lecz kojącą bajką, która mówi nam, ,,patrz, inni mają gorzej, ty możesz dalej bezpiecznie konsumować swój lęk” 


Podsumowanie

Kino stało się laboratorium, w którym sprawdza się, ile człowiek jest w stanie poświęcić dla estetycznego kadru i poczucia przynależności do jakiegoś plemienia z ekranu. Być może najsmutniejszym obrazem współczesnego kina nie jest wizja nuklearnej zagłady, lecz obraz społeczeństwa, które w obliczu końca świata, zamiast ratować siebie nawzajem, będzie się zastanawiać, który filtr najlepiej odda kolory płonącego horyzontu. 


Ostatecznie, największym oszustwem współczesnego kina może być obietnica, że zrozumienie problemu poprzez ekran jest równoznaczne z jego rozwiązaniem. Patrzymy na ekranowe dystopie i myślimy, dobrze, że to jeszcze nie my, nie zauważając, że napisy końcowe nie są końcem seansu. Prawdziwe kino społeczne dzieje się w momencie, gdy odwracamy wzrok od ekranu i orientujemy się, że nasze życie jest jedynie kolejnym ujęciem w filmie, którego nie jesteśmy reżyserami, a jedynie statystami opłaconymi chwilową iluzją emocji.


Być może najbardziej przerażającą funkcją kina nie jest to, że uczy nas empatii, ale to, że pozwala nam ją wypalić w kontrolowanych warunkach, abyśmy w prawdziwym życiu mogli pozostać obojętni. 


 
 
 

Comments


bottom of page